Siódmy karton po lewej

Przelew nie doszedł na czas, jeśli można tak powiedzieć nie mając pewności, czy w ogóle dojdzie. Pozostał plan C (akademik był planem B, bo plan A – główna wygrana
w loterii wciąż nie wypalał) – nocleg pod mostem. Wybrała most Słowackiego Powstania Narodowego. Był to piękny most, z charakterystycznym pylonem i windą, która zabierała głodnych wrażeń (i w ogóle głodnych) turystów do restauracji mieszczącej się na wysokości 80 metrów.

Most SNP

Miała kupę szczęścia, gdyż właśnie zwolnił się tam jeden karton, ponoć poprzedni lokator musiał pilnie wyjechać
do Szwajcarii wyleczyć haluksy. Nie było podstaw do narzekania, wysokiej jakości tektura wydawała się idealną bazą noclegową dla kogoś, kto ma na koncie tyle samo zer co Bill Gates, z tym, że z przodu też jedno.

Z początku na uczelni w miarę łatwo szło jej ukrywanie faktu, że śpi pod mostem. Przez pierwsze pół roku pytana o adres zameldowania udawała, że nie zna słowackiego, ale już w połowie drugiego semestru ktoś wpadł na pomysł, żeby z nią pogadać po angielsku i zorientowała się, że długo tak nie pociągnie. Codziennie po wykładach u kogoś w domu odbywały się imprezy, lubiła na nie chodzić. Najczęściej czekała aż wszyscy się upiją, by cichaczem skorzystać z prysznica. To dużo lepsze niż podmywanie się co rano w Dunaju. Wiedziała jednak, że prędzej czy później wypadnie jej kolej na zorganizowanie domówki i że nie będzie łatwo wyjaśnić ludziom, że wszyscy się nie pomieszczą w jej skromnym tekturowym mieszkanku, zwłaszcza, że to karton po pralce Whirpool FSCR 10431 a więc po modelu z mniejszym bębnem. Na wszelki wypadek jednak postanowiła wykleić od wewnątrz ścianki sreberkiem po czekoladzie, żeby było przytulniej.

– Nie martw się Humphrey, będzie dobrze, musi być – mawiała co rano. Humphrey był szczurem, odwiedzał ją regularnie i zazwyczaj bez zapowiedzi, ale jej to nie przeszkadzało. Zaprzyjaźnili się. Mieli układ: on pilnował kartonu w czasie jej nieobecności i przy okazji pożerał karaluchy gnieżdżące się tu i ówdzie, ona w drodze rewanżu drapała go za uszkiem. Humphrey to uwielbiał a nawet był od tego uzależniony. Zawsze kiedy go drapała, popiskiwał osiągając coś w stylu szczurzego stanu nirvany. W oczach innych szczurów był zwykłym ćpunem, ale miał na to wyjebane. Pewnego dnia Humphrey nie przyszedł i więcej go nie widziała, a po kilku tygodniach dowiedziała się na zebraniu lokatorów spod mostu, że Humphrey skończył jako zagrycha na porannej degustacji wody brzozowej, którą urządzili sąsiedzi spod czwórki (ten niewysoki podgniły karton po mikrofalówce). Znali jego słabość, skusili go obietnicą podrapania za uszkiem, a kiedy kupili jego zaufanie, zrobili sobie z niego sznycel. Podobno przyprawiony kolendrą smakował nie najgorzej.

Z czasem przestała się wstydzić tego gdzie mieszka. Wmówiła sobie, że to hartuje jej ducha, że lepiej poznaje siebie, że zrobiła sobie swoisty manicure osobowości. Gdy padało i wiatr wiał pod kątem, karton przemakał, ale dało się wytrzymać. Znacznie trudniej było walczyć z prusakami. Od tragicznej śmierci Humphrey’a owady poczuły się pewniej, zalęgły się niemal wszędzie i w kartonie zaczęło robić się ciasno, było to dokuczliwe zwłaszcza podczas przebierania pończoch.  Gdyby miała karton po lodówce, mogłaby się przebierać na stojąco, w końcu mierzyła tylko 154cm. Rodzice zmuszali ją do palenia już w podstawówce twierdząc, że od tego nie urośnie i dzięki temu będzie mieć w życiu łatwiej, np. jak jej los spłata figla  i zostanie zmuszona zamieszkać w kartonie, to chociaż będzie mogła przebierać się na stojąco. Tak więc ufała rodzicom bezgranicznie i popalała namiętnie na przerwach między lekcjami, ale kiedy pierwszy raz poszła na koncert rockowy i stojąc w tłumie zorientowała się, że nic nie widzi, zaczęła podejrzewać, że może niski wzrost nie jest  jednak asem w rękawie i że jej rodzice najzwyczajniej mają z deklem. Przestała jednak mieć do rodziców żal o to, że sprawili, że jest niska, kiedy okazało się, że to tylko mit, że od palenia się nie rośnie. Tak naprawdę niski wzrost miała w genach ale jakoś wcześniej nie zastanawiało jej, że rodzice pracują jako karły w cyrku. Którejś nocy jednak przeczytała w gazecie (która służyła za pościel), że według naukowców jeden papieros skraca życie o 9 minut. “Ojej ile to jest straconego seksu…” – pomyślała, szacując ile wypaliła ćmików w życiu i choć seksu i tak nie miała dotychczas wcale, to teraz zrozumiała, że ma go jeszcze mniej.

Teitur Lassen

Little Barrie

Wyprawa rowerowa Sarbinowo – Hel 2015

 

Poeci i gwiazdy porno

park linowy

8 urodziny Antka

Darts – PDC World Championship

http://hdfree.tv/sky-sports-3-live-stream.html

Czworonożna nawigacja

Naukowcy z Czech, Niemiec i Zambii ustalili, że psy podczas “dwójeczki” wolą się ustawiać wzdłuż linii pola geomagnetycznego Ziemi, biegnących w kierunku północ-południe. To odkrycie może być kluczowe m.in. dla grzybiarzy czy uczestników biegów na orientację – warto zabierać ze sobą swojego kejtra na wypadek, gdyby zepsuł się kompas :)

Kiedy na drzwiach mojej klatki schodowej zobaczyłem plakat, a na nim informację, że na tegorocznych Dniach Piątkowa (dzielnicy Poznania, którą zamieszkuję) gwiazdą wieczoru będzie Szymon Wydra z zespołem Carpe Diem – pomyślałem, że znów żenada wynikająca z bezguścia organizatorów tudzież budżet imprezy znów nie powala na kolana. Nic bardziej mylnego. “Gwiazdy” programów telewizyjnych typu “talent show” najczęściej kojarzone są z beztalenciem i swoimi “5 minutami” źle wykorzystanymi na scenie, a później “kariera” bez wyrazu. Nic bardziej mylnego, jeśli wziąć na tapetę Szymona Wydrę. Koncert wypadł kozacko pod każdym względem, wokalista w świetnej formie, brzmienie zespołu full profi (ukłon w stronę mesa boogie), nie było tu chały, mimo, że był to wykon dla osiedlowej tłuszczy. Szymon ma świetny kontakt z publicznością, a zespół akompaniujący daje radę. Jeśli w Poznaniu będzie biletowany koncert pana Szymona z zespołem Carpe Diem – nie zawaham się zainwestować.  Polecam wszystkim fanom dobrego brzmienia.