Category Archives: felietony

Uwaga na staruchy dokarmiające koty!

Nigdy nie ufałem trzem rodzajom staruszek: tym z fioletowymi włosami, tym, które dokarmiają gołębie i tym, które próbują zbawić świat łażąc po osiedlach i dokarmiając piwniczne koty. O ile panie z fioletowymi włosami są niegroźne i jedynie przynoszą pecha (tak sobie wmówiłem), o tyle pozostałe przypadki to ciężki kaliber. Zawsze uważałem, że te baby są nawiedzone, ale dziś miałem okazję utwierdzić się w tym przekonaniu. Otóż idę sobie chodnikiem i co widzę: zza bloku wyłania się postać starszej pani z koszykiem w ręku. To wielbicielka kotów, która wraca z cowieczornego obchodu. Przez niewysoki żywopłot przebija się na chodnik i wyrzuca na sam jego środek folię po czteropaku puszek z piwem. Wołam więc:
– halo halo, coś pani wypadło…
Kociara odwraca się i mówi:
– Nie wypadło tylko sama wyrzuciłam, bo ktoś mi to podrzucił pod okno
Wymiekłem. Spojrzałem na śmietnik, który oddalony był od nas o jakieś 10 metrów. Zapytałem czy tak trudno jest zrobić te kilka kroków i wyrzucić worek do śmietnika, odpowiedź znów była taka jakiej się spodziewałem:
– Ktoś mi to podrzucił pod okno a ja nie będę po kimś sprzątać.
Cóż za ciekawa filozofia: nie sprzątam po kimś, to niech ktoś sprząta po mnie. W tym momencie uznałem, że nie ma sensu dłużej wysilać się na okazywanie szacunku starszej osobie i zapytałem wprost:
– Czy pani jest nienormalna?
– Ja jestem normalna, to ci którzy podrzucili mi te śmieci pod okno są nienormalni!
Nie wytrzymałem, podniosłem folię, ruszyłem w stronę śmietnika i rzekłem na koniec do staruchy:
– Jak widać korona mi z głowy nie spadła.

Podatek od głupoty

 Czym się różni człowiek od zwierzęcia? Katolik odpowie zapewne, że człowiek ma duszę a zwierzę nie. Biolog wymieni dziesiątki różnic anatomicznych, komik stwierdzi, że człowiek w przeciwieństwie do zwierząt potrafi wymienić przynajmniej 3 kraje, których nie odwiedził jeszcze znany i utalentowany aktor R. Siffredi… i tak dalej i tak dalej. W mojej ocenie jednak sprawa wygląda tak: człowiek to jedyna istota na ziemi, która zaśmieca środowisko, w którym żyje. Nie znam żadnego zwierzęcia, które nie dba o porządek w swojej norze, gnieździe, dziupli itd., a jeśli nawet taki zwierz się trafi, to z pewnością ma w tym jakiś cel np. zaznacza swoje terytorium.

Większość ludzi w kwestii śmiecenia kieruje się (często podświadomie) złudną logiką: nie jestem w domu więc nie muszę sprzątać. Mój ulubiony przykład:  ah z jaką łatwością przychodzi palaczom pozbyć się peta rzucając go na ulicę, przecież to taka mała rzecz, ot drobnostka, że nie wspomnę o stojącym metr obok śmietniku z popielniczką. No cóż – 1 metr to zdecydowanie za daleko. Czy palacze zastanawiali się kiedyś nad tym, że te wszystkie pety nie znikają same tylko sprzątają je z ulic firmy zatrudnione przez miasto, a więc finansowane za pieniądze podatników (i to zarówno palących jak i niepalących)? A czy ktoś się zastanawiał, jak wyglądałyby ulice gdyby nie sprzątano petów? Łatwo w sumie sprawdzić – wystarczy na własny ganek rzucać codziennie po kilka wypalonych petów… nikt nie sprawdzi? Dlaczego? – bo u siebie w domu nikt nie będzie śmiecił. I tu dochodzimy do meritum sprawy. Dla człowieka pojęcie “dom” traci ważność, kiedy zamknie za sobą drzwi lub przekroczy furtkę posesji. Parking przed blokiem, trawnik, park, plaża nad jeziorem? – tu można śmiało porzucić torbę po chipsach, bo nie jest się u siebie… torba jednak to nie skórka od banana, której całkowity czas rozkładu wynosi około 2 miesiące, w przypadku rozkładu plastiku należy mówić o setkach lat.

Co roku na sprzątanie lasów wydaje się w Polsce
20 mln złotych. Podatek od głupoty…

Notorycznych śmieciarzy najprościej jest nazwać hmm… debilami, idiotami? No bo niby jak inaczej nazwać kogoś, kto worki ze śmieciami wywozi do lasu, bo ma po drodze do pracy? Cwaniakiem? Szczytem głupoty jest dla mnie pozostawianie śmieci w miejscach, do których chodzi się codziennie, aby wypocząć w pięknych okolicznościach przyrody (zapraszam na plażę nad j. Strzeszyńskim w piątkowy czy sobotni wieczór). Czy to kretynizm, brak wyobraźni czy brak wychowania? A może wszystko na raz? Ciekawe jest jednak, że poziom głupoty nie maleje wprost proporcjonalnie do wzrostu ilorazu inteligencji. Zdobywca nagrody Nobla wyrzuci bezmyślnie peta na ulicę z taką samą łatwością jak osoba z ilorazem inteligencji +/- 70.  Może więc problem tkwi w lenistwie?

 Miasta naszych sąsiadów zza zachodniej granicy – w przeciwieństwie do naszych polskich miast – od zawsze prezentowały się o niebo lepiej, ulice są czyste i schludne, a śmietniki nie odstraszają z daleka. Jak wielkie było więc moje zdziwienie, kiedy pół roku temu na moim osiedlu w miejscu starych i brzydkich składów kontenerów powstały pięknie prezentujące się boksy wykonane z czerwonej cegły, okratowane i zamykane na klucz! “Wreszcie Polacy dojrzeli do sprzątania na poziomie” – pomyślałem. Nic bardziej błędnego. Trzymanie kontenerów pod kluczem uniemożliwia bezdomnym dostęp do nich, a często jest to ich jedyny sposób na znalezienie np. ubrań. Co więcej, klucz do kłódki łatwo złamać (o czym przekonało się kilku moich znajomych) a dorobienie nowego kosztuje 50-70zł! Cóż więc robią ci mieszkańcy, którzy nie mają klucza, albo wyszli wynieść śmieci i w połowie drogi zorientowali się, że zapomnieli zabrać klucz? Pozostawiają worki ze śmieciami pod kratą i problem rozwiązany :) I tak niemal codziennie rośnie pod kratą nowa góra worków z odpadami, dodając osiedlowemu krajobrazowi kolorytu. Administracja chciała dobrze, wyszło jak zawsze. Albert Einstein słusznie stwierdził: “Są tylko dwie rzeczy nieskończone: Wszechświat i ludzka głupota. Co do tej pierwszej mam wątpliwości“.

Wiosna

Znowu wiosna. W telewizji na okrągło o tym trąbią, jak gdyby spodziewali się czegoś innego w połowie marca, ja p*****lę. Przełączam kanał – sonda uliczna. – Jak pan myśli, idzie już wiosna?No pewnie, muchy srają – to znak! – odpowiada emeryt, któremu się wydaje, że zabłysnął oryginalnym tekstem. Przełączam kanał – prognoza pogody. “Ciśnienie takie a takie, wyż tu a niż gdzie indziej, bocian wrócił na podwórko pana Kazimierza z jakiejś tam wsi, tak więc drodzy państwo, możemy już chyba odetchnąć z ulgą – wiosna“. Uff, oddycham z ulgą. Temperatura poszła w górę, słońce grzeje, wychodzę więc z psem na spacer.  W powietrzu unosi się wszechobecny zapach psich gówien, wysranych w czasie zimy albo nawet późną jesienią, świetnie zakonserwowanych pod śnieżnym płaszczykiem, teraz jednak stopniałych na skutek wiosennych promieni słonecznych. Fetor jakbym za oborę trafił…

Nie poddaję się jednak. Rzucam psu piłkę, niech pobiega. Pies jest głupi jak but i potrafi aportować tylko w jedną stronę. Uwielbia biegać za piłką ale przez dwa lata jeszcze nie zrozumiał, że nie rzucę mu piłki ponownie dopóki mi jej nie przyniesie. (W zasadzie już dawno pogodziłem się z myślą, że aportowanie w jedną stronę to szczyt jego możliwości intelektualnych, że się tak wyrażę. Psa mam od 2 lat i do dzisiaj kiedy wracam do domu ze spaceru i idę schodami, pies za każdym razem zamiast skręcić pod właściwe drzwi, idzie na piętro wyżej).

Tak więc rzucam piłkę. Pies gna ile sił w nogach, ogonem merda, zachwycony, łapie piłkę, po czym robi kilka kroków i wypuszcza piłkę z pyska. No to czas na moją rolę w tym aportowaniu – idę na środek trawnika po piłkę. Idę w skupieniu, każdy krok przemyślany, naprawdę nie jest łatwo  znaleźć na trawie miejsce niezasrane, w które mogę postawić but.

Szybko odechciewa mi się wiosennego spaceru, tego trawnikowego gównianego slalomu, smrodu… Wsiadam na rower i jadę do parku. Przewietrzę się – myślę – położę na trawie, odpocznę. Wjeżdżam do parku, na oko 5 tysięcy ludzi. A to ci niespodzianka, chyba nie tylko ja lubię zieleń. Próbuję się przebić przez pierwszą z brzegu alejkę, ale jest zakorkowana przez baby z wózkami, dzieciaki na rolkach, innych rowerzystów, bezpańsko biegające kundle i parki zakochanych. Ci ostatni są dosłownie wszędzie, na chodnikach, na ławkach, na trawie, obściskują się, obśliniają, zajadają lodami albo watą cukrową. Wylęgli się jak jakaś plaga dosłownie. Połowa tych parek nadrabia wiosennym spacerem  całą zimę spędzoną przed telewizorem przy Tańcu z gwiazdami albo innym chłamie. Druga połowa to pewnie klasyczne internetowe randki – wtopy. Dzieciaki poczuły wiosnę, hormony i te sprawy, to się umówiły na czacie, spotkali i teraz są skazani na siebie przez całe popołudnie. Będą udawać kogoś, kim nie są, udawać kogoś lepszego, myśląc, że im się to udaje, bo chodzą wyprostowani albo mają swoje najlepsze jeansy na dupie. A na koniec pożegnają się standardowym “To się zdzwonimy“.

Mam dosyć tłumu. Wracam do domu, gnam na rowerze ile sił w nogach, żeby jak najszybciej zasiąść przed telewizorem i zobaczyć, która para dziś odpadnie. A później wyjdę jeszcze raz z psem, dawno pupil nie był na dworze, a przecież musi się co jakiś czas wysrać.

Portal randkowy cię wyręczy

Kilka dni temu podczas sprawdzania poczty na jednej ze stron internetowych moją uwagę przykuła reklama nowego portalu kojarzącego pary, tak zwanego randkowego. Gnębiony nudą i brakiem kobiecego cyca postanowiłem zainwestować chwilkę czasu i zarejestrowałem się.

Ów portal działa w oparciu o matematyczny algorytm kojarzący zarejestrowanych użytkowników w pary na podstawie wypełnionych ankiet. Wystarczy podać jaką kuchnię preferuję, jak spędzam czas wolny itd. a kandydatki na moją drugą połówkę zasypią mnie propozycjami naiwnie wierząc, że ankietę wypełniałem skrupulatnie i na trzeźwo.

Nie minęła doba, a w mojej skrzynce odbiorczej faktycznie pojawiły się wiadomości od niewiast spragnionych męskich ramion. Eureka! – pomyślałem. Ku mojemu zdziwieniu jednak okazało się, że otrzymałem odpowiedzi na wiadomości, których nigdy nie wysłałem. Portal randkowy spreparował za mnie wiadomość i wysłał do jakiejś białogłowy, a ona to kupiła (choć jak się wczytam w treść wypowiedzi panny Lovekathy to odnoszę jednak wrażenie, że i ta odpowiedź została spreparowana a panna Lovekathy nie ma o tym pojęcia, co więcej – odpowiedź przypomina automatyczne tłumaczenie z innego języka na język polski, co wyraźnie wskazuje, że cały ten proceder to jedna wielka mistyfikacja a konto panny Lovekathy to ściema).

Ponieważ nie lubię, kiedy ktoś mnie wyręcza w amorach, zwróciłem się do portalu randkowego z pytaniem, jakim prawem bez mojej zgody wysyłają wiadomości – rzekomo przeze mnie napisane – do innych użytkowników portalu. Naturalnie nie otrzymałem odpowiedzi.

Poniżej przykład wiadomości, którą otrzymałem, a która jest odpowiedzią na “moją” wiadomość, której nigdy nie wysłałem:

portalrandkowy

 

Warto podkreślić, że portal o którym mowa – tak jak i wiele innych – udostępnia swoje usługi za darmo, ale tylko niektóre. Rejestracja za friko, później trzeba zapłacić, jeśli chce się zebrać żniwo, stąd cała mistyfikacja i rozsyłanie do użytkowników fikcyjnych wiadomości, podejrzewam, że nawet od fikcyjnych użytkowników, których konta zostały stworzone w celach reklamowo – propagandowych. No cóż, nie lubię kiedy ktoś próbuje mną manipulować, chyba czas jednak wybrać się nad jezioro na plażę i błądzić wzrokiem w poszukiwaniu tej jedynej. Nie ma to jak naturalna, wzrokowa, niczym nie zmanipulowana selekcja.

 

Wybory samorządowe. Na kogo głosować?

Daj głosTrwają wybory samorządowe. Miasto jak zwykle oszpecone plakatami wyborczymi. Wybory samorządowe to moje ulubione wybory (zaraz po wyborach miss nastolatek). Kandydaci na radnych i prezydentów miast prześcigają się w pomysłowości, aby zdobyć cenne głosy a ich główną bronią są finezyjne hasła wyborcze. Wymyślenie takiego hasła nie jest takie proste, no bo jak w jednym zdaniu przedstawić swój program wyborczy i wizję naprawy świata?

Wczoraj stałem w centrum miasta przy jednej ze ścian postawionej w tymże miejscu w celu wywieszenia niezliczonej liczby plakatów i chcąc – nie chcąc rzuciłem okiem na niektóre poprawione w photoshopie twarze kandydatów na przywódców, poniżej przegląd ciekawszych ofert:

  • “Aktywny i skuteczny” – bardzo ciekawe hasło, tylko, kurcze, nie wiadomo do końca o co chodzi. Gdzie przykłady aktywności?
  • “Zgoda buduje, kiełbasa krzepi” – dobre i oryginalne. Autor tego hasła kupuje chyba wędliny w holenderskich coffee shopach…
  • “Zbudujmy porządny i przyjazny poznań” – tego kandydata cechuje pracowitość i ambicja, ciekaw jednak jestem czy te szlachetne cechy idą w parze z pomysłowością.
  • “Dobry wybór” – ta kandydatka do rady miasta Poznania bierze wyborców pod przysłowiowy włos, jak ktoś na nią zagłosuje to będzie miał satysfakcję, że wybrał po prostu dobrze. Co dalej – obyśmy się nie przekonali.
  • “Jeszcze więcej dla Poznania” – kurcze, a myślałem, że już więcej się nie da :)
  • “By żyło się lepiej. Naprawdę wszystkim” – ten pan to mój ulubiony kandydat. Młody, już w liceum miałem okazję śledzić początki jego wielkiej politycznej kariery. Regularnie startuje w wyborach do rady miasta i regularnie dostaje mandat. Jego hasło wyborcze to sprytny zabieg PR, nikt nie poczuje się pominięty, naprawdę nikt. Nie mam pojęcia, jak chce uszczęśliwić wszystkich, ale nawet gdybym wiedział – i tak bym na niego nie zagłosował, nie raz konsumując śniadanie natrafiłem w lokalnej stacji tv na transmisję obrad rady miasta Poznania i za każdym razem ten pan naradzał się, ale z Morfeuszem (innymi słowy: uderzał w kimono). Świadomość, że na pensję dla radnych idą moje podatki zwiększa ryzyko zakrztuszenia się bułką (sprawdzone). Oglądanie tv podczas przyjmowania pokarmów jest niebezpieczne.

Z czego żyją Cyganie?

Cyganie – naród bez własnego państwa, który w Polsce żyje sobie całkiem dobrze, a już na pewno na tyle dobrze, aby sobie kupić od czasu do czasu nowego mercedesa. Niedawno miałem okazję uczestniczyć w rozmowie na temat: z czego żyją Cyganie? Wówczas przypomniałem sobie, jak za młodu (no ale nie aż tak bardzo dawno;) kopałem piłkę na osiedlowym boisku, które sąsiadowało z cygańską hacjendą (tudzież bungalowem). Ilekroć piłka zbyt mocno kopnięta przez jakieś młode piłkarskie beztalencie przeleciała nad płotem wydzielającym cygańską posesję i dostała się do środka, wśród grających ogłaszana była żałoba, a sama piłka pozostała już tylko wspomnieniem. Szansę, że Cyganie oddadzą piłkę przyrównać było można do szansy, jaką dostaje na przeżycie dorsz serwowany właśnie na talerzu klientowi nadbałtyckiej smażalni. Ten proceder trwa do dziś – Cyganie tak jak kiedyś – nie oddają piłek, a dorsze nadal konsumowane są przez wczasowiczów, tak jak rok temu i dwa lata temu… Czy ktoś mógłby coś zrobić w tej sprawie?! A właściwie… to z czego żyją Cyganie?

Poczytaj coś w tramwaju…

Do niedawna wyniki sondaży dotyczących oczytania Polaków nie stanowiły dla naszego narodu chluby. W większości przypadków wynikało z nich jasno, że przeciętny Kowalski czyta 0,5 – 1 książki rocznie. Socjolodzy jednomyślnie wyjaśniali, że tak niskie zainteresowanie słowem pisanym ma związek z rozpowszechnieniem telewizji i internetu – dwóch źródeł masowych informacji nie wymagających użycia wyobraźni.

Ostatnio jednak ma miejsce swoiste masowe zaczytanie. Codziennie jeżdżąc tramwajem widzę setki podróżnych wertujących namiętnie kartki gazety. Jedni czytają gazetę bo dostali ją za darmo, inni wzięli ją do ręki, żeby ułatwić życie biednemu studentowi, który te gazety rozdaje, jeszcze inni – bo taki mają odruch: jak ktoś daje za darmo to biorę. Najważniejsze jednak, że ludzie czytają, chłoną wiedzę z artykułów napisanych przez trzeciorzędnych redaktorów, poznają wyniki wydarzeń sportowych i politycznych – jednym słowem – oświecenie!

Cała ta tramwajowo-przystankowa sytuacja wygląda co najmniej groteskowo. Darmowe gazety (które tak naprawdę są zlepkiem reklam w formie dziennika, że już nie wspomnę o brudzącym tuszu drukarskim) stały się plagą polskich miast i wygląda na to, że nic się w tej kwestii nie zmieni. Dopóki ludzie wyciągają rękę po kawałek papieru – na każdym przystanku będą gazetowi dealerzy, gotowi własnym ciałem zatorować przechodniowi drogę, byle tylko wydać jeszcze jeden egzemplarz. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie fakt, że codziennie dziesiątki tych “gazet” – przeczytane lub nie – lądują upchnięte w ulicznym śmietniku, na siedzeniach tramwajowych czy autobusowych, w końcu na chodniku. I tak całe miasto zamienia się w skup makulatury, że już nie wspomnę o wycinaniu lasów, z których robi się papier, aby zaspokoić wielbicieli tramwajowej darmowej prasy.

Wiosna jest już za rogiem

Dziś na Cytadeli zauważyłem, że lada dzień drzewa wypuszczą pąki. Wkrótce kraj zaleje fala wiosennych hormonów miłości. I jak co roku tsunami miłości jakimś cudem mnie ominie i wyjdę z tej katastrofy suchutki. Może niepotrzebnie spaceruję po Cytadeli w fantomowych dmuchanych pływakach na ramionach?


Książę Karol w Polsce. Nie posrajmy się ze szczęścia…

TVN24 – włączę przy okazji, ale raczej codziennie. Wiadomość nr 1 – książę Karol odwiedził nasz kraj. Wydarzenie niebywałe. Książę Karol  postanowił obejrzeć żubry w rezerwacie  w Białowieży – było to wpisane w grafik naszego specjalnego gościa. Media dosłownie onanizują się podając informacje o kolejnych wydarzeniach związanych z wizytą księcia Karola w naszym kraju. Zastanawiam się, kiedy Polacy zrozumieją, że taką medialną podnietą tylko ośmieszamy się w oczach świata. Spotkanie przywódców dwóch znaczących państw ma dla nas taką samą rangę co wizyta w naszym kraju gwiazdy muzyki pop średniego formatu, znanego aktora czy członka angielskiej arystokratycznej rodziny, który ma taki wpływ na europejską politykę co bracia Mroczek na rozwój polskiej kinematografii. Gdyby do Wielkiej Brytanii czy USA przyjechała ikona polskiej popkultury albo czołowy polski polityk, sprawę nagłośniłyby tylko fora internetowe o niszowej popularności, ewentualnie lokalne radiowe stacje polskojęzyczne. Ale kiedy do Polski przyjedzie siostra M. Jacksona, w mediach panuje euforia. Nie dziwota, że książę Karol odwiedza nasz kraj. Pewnie chciał sobie poprawić samopoczucie.

Modlitwa dobra na wszystko?

Otwieram Przegląd Sportowy na str. 17  i czytam, że arcybiskup Leszek Głódź odprawił mszę w intencji Lechii Gdańsk. Nie mogę doszukać się w tym logiki. Zawsze mi się wydawało, że sukces w sporcie zależy od talentu, konsekwentnego treningu i czasem szczęścia. Ale okazuje się, że warto włączyć w sprawy sportu Boga, który wysłucha modlitwy i pomoże wygrać mecz. A co, jeśli obie drużyny przed meczem odprawią mszę w intencji wygranej? Czy wygra ta drużyna, która modliła się intensywniej? Przecież Bóg jest sprawiedliwy, nie sądzę, aby swoją ingerencją jednych uszczęśliwił kosztem drugich. Może więc piłkarze najzwyczajniej nie wierzą w swoje siły i po prostu nie ukrywają, że liczą na cud? To trochę tak, jakby muzyk modlił się przed występem o to, aby zagrał pięknie i nie sfałszował. A myślałem, że albo ktoś ma talent albo nie. Tak jak w muzyce, tak i w sporcie chyba nie o to chodzi. Biblijną przypowieść o talentach można w sumie interpretować niemal dosłownie: Bóg daje człowiekowi talent aby ten go rozwijał, ale na tym rola Stwórcy się kończy.

A swoją drogą ciekawe, czy msza zamówiona u arcybiskuba ma tę samą moc co msza zamówiona u proboszcza?