Rambo IV

„Żelazny Sylwester w tym roku kończy 62 lata…” – to była moja pierwsza myśl, kiedy usłyszałem, że powstała kolejna część RAMBO. Zimny pot oblał me zgarbione od jazdy na rowerze plecy, a lewe jądro tak się ze strachu skórczyło,że stało się mniejsze niż prawe, zaprzeczając odwiecznemu prawu natury. Wiele obaw wzbudziła też wiadomość, że Stallone jest autorem scenariusza i reżyserem. Jednak film obronił się sam. Nie chodzi w nim o subtelne czy elokwentne dialogi; jeśli ktoś siedzący na sali kinowej nie pojmuje, że kupił bilet na RAMBO, powtarzane przez głównego bohatera krótkie równoważniki zdań mogą z początku śmieszyć czy nawet zdegustować („this is not my war”, „go home”). W tym filmie chodzi o współczynnik: ilość trupów na minutę. Ma być wysoki, reszta jest mniej ważna. I o ile, że w przypadku wielu innych filmów byłby to gwóźdź do karierowej trumny ich twórców, o tyle w tym przypadku to się sprawdza. Na ten film pójdzie przede wszystkim poprzednie pokolenie: ludzie wychowani na grze w kapsle, komiksach i… poprzednich częściach o przygodach Johna Rambo. I nie będą zawiedzeni. Sama fabuła filmu jest banalna, jednak nieustannie towarzyszy jej spora dawka efektów specjalnych, wybuchów no i… hektolitry przelanej krwi. Walające się po planie filmowym zakrwawione kikuty birmańskich statystów to nieodzowny element scenerii tego naprawdę brutalnego filmu. Jeśli jednak uwierzymy, że to tylko fikcja przedstawiona na białym ekranie, zrozumiemy intencję twórcy filmu. Jak dla mnie jest to dobra kontynuacja klasyku sprzed lat, nawet biegający po lesie jak młody dzik 62-letni Stallone nie wydaje się komiczny. Sceneria jak w przypadku poprzednich części robi wrażenie. Podsumowując: film do obejrzenia na trzeźwo… jeśli ktoś ma kaca oczywiście.

Koszt przeżycia seansu: Patrz ostatnie zdanie recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *